Gospodarka Pasieczna – Luty

Luty

Luty – w starosłowiańskim znaczeniu – srogi, zły, groźny

W lutym

W pasiece: nadal zapewniamy pszczołom spokój. Podczas odwilży można założyć ocieplenia, sprawdzić szczelność daszków, a w przypadku wystąpienia przecieków – awaryjnie uszczelnić silikonem. Dążymy do zminimalizowania zbędnej pracy pszczół (np. oczyszczanie uli po oblocie), aby przedłużyć ich żywotność – niespracowane pszczoły z sierpniowych i wrześniowych lęgów mogą żyć nawet do połowy maja. Aby uniknąć ewentualnego zarażenia się pszczół chorobami do czasu ich dezynfekcji, zamykamy na „głucho” wylotki uli, w których pszczoły nie przeżyły zimy. W pracowni: o ile nie wykonaliśmy tego jesienią, powinniśmy skontrolować sprzęt pasieczny i dokonać ewentualnych napraw lub zakupów. Zbijamy ramki, wprawiamy druty, lecz nie naciągamy ich i nie wtapiamy węzy. W tym miesiącu dobrze jest mieć już złożone zamówienia na matki pszczele, bo jest regułą, że hodowcy realizują zamówienia według kolejności

W poradach na ten miesiąc mogę sobie jeszcze pozwolić na teoretyczne potraktowanie tematu, ponieważ (podobnie jak w styczniu) pszczelarze nie mają zbyt wiele pracy i warto przypomnieć ogólne zasady pszczelarzenia. Niemniej znajdą się i tacy, którzy – zgodnie z dawnymi poradami, a wbrew zdrowemu rozsądkowi – będą wraz ze zmianami temperatury z linijką w ręku powiększać lub zmniejszać wylotki do zalecanych wymiarów, pomimo że ci sami doradcy zabraniali niepokojenia pszczół. Naczelna zasada postępowania pszczelarza chcącego mieć pokaźne zbiory winna brzmieć – „nie przeszkadzać pszczołom”. Każda nasza ingerencja zawsze powoduje zaniepokojenie pszczelej rodziny i stratę wynikłą z przestawienia się części pszczół z zadań produkcyjnych na obronę
Powinniśmy przyjąć, że jeśli mamy wątpliwość, czy powinniśmy robić przegląd lub „grzebać” w ulu, to tej wątpliwości nie ma – nie zaglądamy do ula! Dokonujemy przeglądu tylko i wyłącznie wtedy, kiedy jesteśmy przekonani o celowości naszej ingerencji i o tym, że bez niej poniesiemy większy uszczerbek w pozyskaniu pszczelich produktów niż wtedy, kiedy otworzymy ul. Zawsze miejmy na uwadze, że pszczoły istniały, kiedy na Ziemi nie było jeszcze ludzi i bez ich „pomocy” świetnie dawały sobie radę, skoro przetrwały do naszych czasów. Najczęściej błędy wynikłe z nadgorliwości popełniają właściciele małych pasiek, bo posiadanie pszczół traktują hobbystycznie i nie zależy im aż tak bardzo na wynikach produkcyjnych. Takim klasycznym przykładem może być irracjonalne działanie znanego mi osobiście pszczelarza emeryta, który – będąc właścicielem kilku uli – z lubością siadał na stołeczku nieco z boku, przed ulem z packą na muchy i wybijał trutnie, bo wyczytał, że są one darmozjadami i powinien ograniczać ich
Właściciele dużych pasiek podchodzą do swojego pszczelarzenia pragmatycznie i bardziej naukowo, jednak i oni nie są wolni od błędów, które popełniają w wyniku nabywanej z czasem rutyny. Wiadomo, że przyroda i nasze środowisko podlegają zmianom, a w ostatnich latach pogoda „zwariowała”. Nie mamy dawnych mroźnych i śnieżnych zim, wiosny bywają podobne do lata, zaś jesienie też nie są takie jak kiedyś. Dlatego też powinniśmy nieco zrewidować naszą wiedzę o hodowli pszczół i zasadach gospodarki pasiecznej, bo to, co sprawdzało się 20 lat temu, nie zawsze zdaje egzamin obecnie. Dlatego pragnę przypomnieć niezmienne zasady, którymi kierują się pszczoły i sposoby, jakimi powinien kierować się pszczelarz, aby osiągnąć zadowalającą wielkość produkcji.

Trochę fizyki nie zaszkodzi

Dobrze zaopatrzonym w pokarm pszczołom w suchym ulu nigdy nie będzie za zimno. Można jednak nieco zmienić sposoby zimowania rodzin. Jak pisałem w styczniowych poradach, jesienią i zimą pszczoły powinny pozostać bez górnego i bocznego ocieplenia. Wyjątkiem są niewielkie 4-,5- ramkowe odkłady z matkami zapasowymi. Tym sposobem uzyskujemy opóźnienie przedwczesnego czerwienia matek i jednocześnie w jakimś stopniu ograniczamy populację warrozy, która – nie mając czerwia – nie mnoży się, a długość jej życia też jest określona i przedłużony brak czerwia staje się powodem zmniejszenia populacji tego szkodnika. Musimy również pamiętać, że pszczoły niepokojone pasożytem są bardziej aktywne i tym samym wzrasta temperatura zimowego kłębu. Bezsporny pozostaje fakt, iż nie ma doskonałego środka do zwalczania warrozy i pewna liczba osobników przeżywa mimo naszych zabiegów leczniczych. Są to jednak osobniki, które miały kontakt z lekiem i ich zdrowie jest nadwątlone. Oczekują one na pierwszy czerw, aby wydać potomstwo. Kiedy jednak pszczelarz skutecznie opóźni czerwienie, sporo samic warrozy może nie doczekać się czerwia.
Zarówno pszczoły jak i matka nie mają kalendarza aby zgodnie z nim rozpocząć kolejny sezon. Dla nich stymulatorem staje się temperatura. Kiedy wewnątrz zimowego kłębu wzrośnie temperatura do 33 -340C, spowoduje ona wraz z wydzieliną (ektohormon) gruczołów żuwaczkowych matki, wydzielanie się mleczka u pszczół, które wygryzły się w sierpniu i w pierwszej połowie września. Pszczoły te przed zimą jak gdyby zatrzymały się w rozwoju na etapie 5-6- dniowych pszczół. Pszczoły wylęgnięte w końcu lata i na początku jesieni nie przystępują do żadnych prac. Jedynym ich zadaniem jest najadanie się do syta i tuczenie się. Zjadają one niezależnie od pokarmów węglowodanowych (miód) znaczne ilości pierzgi i pyłku. Badania analityczne bezspornie wykazały, że w organizmach tych pszczół występują znaczne ilości tłuszczów, białek i skrobi zwierzęcej. Jeżeli pszczelarz późnym karmieniem nie zmusi tych pszczół do pracy, to na wiosnę ma armię karmicielek gotowych podjąć się wychowu pokaźnej ilości czerwia.
Pamiętamy, że młode pszczoły (6-7- dniowe) wygryzające się w ciepłej porze roku zaczynają produkować mleczko i zostają karmicielkami. Produkcja mleczka trwa do 10-13 dnia, później pszczoły nie mogą już powrócić do tej czynności. Źródłem mleczka są gruczoły gardzielowe, które spełniają dwojakie zadanie – wytwarzanie mleczka oraz (w późniejszym okresie) wydzieliny służącej do przemiany cukrów złożonych w cukry proste, a tych z kolei w miód. O ile naturalną kolejnością produktów gruczołów gardzielowych jest mleczko a później inwertaza, to odwrotna kolejność jest niemożliwa. Można jednak zmusić takie utuczone pszczoły do przerobu syropu cukrowego na zimowe zapasy. Jednak te pszczoły są stracone jako karmicielki a nawet jako pszczoły zimujące, bo istnieje realne zagrożenie, że znajdziemy je na dnie ula wśród zimowego osypu. Pszczoły te wykonają ciężką pracę. Bezproduktywnie i przedwcześnie zużyją zapasy zgromadzone w swoim ciele, wytworzą inwertazę, ale wiosną nawet jeśli przeżyją, nie będą w stanie wyprodukować mleczka bo ich fizjologia nie daje takiej możliwości zamiany kolejności wytwarzania produktów gruczołów gardzielowych.
Będę jeszcze nie raz do tego wracał, ponieważ ciągle powtarzanym przez pszczelarzy błędem jest późne karmienie pszczół, które znajduje swoje odbicie wczesną wiosną roku następnego.
Kiedy w zimowym kłębie uaktywnią się karmicielki, przystąpią one niezwłocznie do karmienia matki mleczkiem. W wyniku zimowego karmienia matki pokarmem węglowodanowym, obkurczone i nieaktywne jajniki staną się aktywne poprzez zmianę pokarmu jaki otrzyma matka. Wkrótce też złoży ona jaja. Opis może wygląda prosto, lecz w rodzinie pszczelej niemal wszystkie czynności są determinowane wpływem substancji chemicznych (hormonów i feromonów). Ich niedobór powoduje „uśpienie” gruczołów u pszczół i dzięki temu zimujące pszczoły zachowują „młodość”, stają się mniej aktywne i mogą żyć nawet do połowy maja. Dlatego pszczoły wymuszają na matce przerwę w czerwieniu i oczekują po zimowej przerwie, na młode pokolenie jakie wylęgnie się z jaj złożonych w końcu zimy. Drugi rzut czerwienia następuje w chwili przystąpienia do produkcji mleczka przez młode pszczoły.
Tak więc mamy prostą zależność – mając dużo zimujących pszczół, które mogą zostać karmicielkami, będziemy mieli lepsze odżywienie matki, tym samym – większą liczbę jaj, lepiej odżywione larwy, co wiąże się z lepszą ich kondycją – a tym samym, silniejszym wiosennym rozwojem rodziny. Śmiało możemy powiedzieć, że liczba zimujących karmicielek w znacznej mierze decyduje o wynikach gospodarczych danej rodziny.

Gdzie dwóch pszczelarzy tam są trzy zdania

O ile zimą naszym celem było uniknięcie zawilgocenia ula, tak na wiosnę (wraz ze wzrostem temperatury gniazda) zaczyna brakować wilgoci, która służyła pszczołom do rozrzedzania pokarmu dla larw. Tak bezkrytycznie twierdzono jeszcze do niedawna, obecnie część pszczelarzy i ludzi nauki twierdzi, że pszczoły nie pobierają wody z ula ale noszą ją z zewnątrz. Odpór im dają ci, którzy rozmaitymi poidełkami umieszczonymi wewnątrz ula skutecznie podają pszczołom wodę. Jak jest faktycznie, pewnie dowiemy się za jakiś czas, a być może obie strony mają rację. Niezależnie od tego, czy pszczoły zbierają skroploną parę wodną w ulu czy też nie, wydaje się, że powinniśmy pamiętać o podstawowych zasadach fizyki, w tym – o zdolnościach zimnego i gorącego powietrza do pochłaniania pary wodnej. Zimne powietrze nie jest w stanie pochłonąć dużej ilości pary wodnej i ta siłą rzeczy skrapla się na otaczających przedmiotach. Ogrzane powietrze jest w stanie pochłonąć o wiele większe ilości pary i tym samym wydaje się bardziej suche i tak łatwo nie oddaje pary otaczającym przedmiotom. Najprostszym przykładem mogą być nasze szyby okienne, kiedy w chłodnej porze roku ciepłe powietrze w pomieszczeniu wydaje się suche i na meblach (a nawet szklanych przedmiotach) w pomieszczeniu nie ma rosy, zaś na zimnych szybach skroplona para wodna potrafi ściekać na parapet. Dzieje się to dlatego, że na styku z szybą ciepłe powietrze oziębia się i gwałtownie traci zdolność zatrzymywania pary wodnej, która skrapla się na szybie. Podobnie jest w ulu: kiedy następuje rozwój rodziny i w ulu coraz większa część kłębu osiąga wyższą temperaturę, zaczyna brakować skroplonej pary wodnej, którą pszczoły wykorzystywały do rozcieńczania pokarmu i tym samym cierpią pragnienie. Wylatywać po wodę nie mogą z uwagi na niekorzystne warunki zewnętrzne. Pomimo tych złych warunków część pszczół opuszcza ul w poszukiwaniu wody i ginie. Dlatego rolą pszczelarza jest pomóc pszczołom w uzyskiwaniu skroplin pary wodnej do rozcieńczania pokarmu dla larw. Opóźnienie czerwienia do czasu, kiedy na zewnątrz będą panowały warunki pozwalające na loty po wodę, prowadzi do zmniejszenia strat w liczebności pszczół. Najprostszym i skutecznym sposobem zwiększenia ilości pary wodnej w ulu i powstawania skroplin jest położenie na ramkach plastikowej folii, np. z umytych worków po nawozach lub folii ogrodniczej. Delikatniejszą i cieńszą folię (o ile pszczoły będą miały do niej dostęp) mogą pszczoły przegryzać. Para wodna uchodzi z ula wszelkimi otworami, a znaczna jej część ucieka górą ula między ramkami. Ktoś może powiedzieć, że można stosować indywidualne poidełka, nawet z podgrzewaną wodą. Tak, jest to doskonałe rozwiązanie i wielu pszczelarzy z powodzeniem stosuje takie pojenie pszczół. Jest to jednak możliwe w niewielkich, amatorskich pasiekach oraz tam, gdzie pszczelarz ma ule obok domu, do tego nadmiar czasu, a prowadzenie pasieki traktuje bardziej hobbystycznie. Pszczelarz mający wiele uli usytuowanych w kilku miejscach nie jest w stanie sprostać takiej zabawie. Może on natomiast położyć jednorazowo folię. Podobnie obosieczną bronią jest elektryczne podgrzewanie rodzin na wiosnę. Niewątpliwie spełnia ono swoje zadanie, jednak powoduje jednocześnie powstanie pragnienia i konieczność pojenia pszczół. Z drugiej strony nie umiem sobie wyobrazić np. podgrzewanej elektrycznie 200- pniowej pasieki usytuowanej na 5 pasieczyskach.

Zróbmy doświadczenie

Wracając do zagadnienia opóźnienia czerwienia warto przemyśleć i wypróbować w części swojej pasieki ustawienie uli wylotami na północ. W okresie zimowym wiatry północne na znacznym obszarze kraju występują sporadycznie. Wiosną słońce nie wywabia pszczół z ula, frontowa ściana z wylotkiem na północ nie nagrzewa się i nie powoduje podniesienia temperatury w ulu, a tym samym nie zachęca do lotów. W ciepłych miesiącach słońce wcześnie rano oświetla wylot i pobudza do wcześniejszych lotów na pożytek. W najgorętsze godziny południowe najbardziej nagrzewa się tylna ściana bez wylotka – od strony południowej, a północna znajduje się w półcieniu i tym samym nie następuje przegrzanie wnętrza ula i nie zachodzi konieczność zaangażowania całej armii pszczół wentylujących. W godzinach popołudniowych i wczesnych wieczornych słońce ogrzewa i oświetla ukośnie wylot od strony zachodnio-północnej, przedłużając tym samym loty w porównaniu do uli z wylotami ustawionymi np. na wschód lub na południe, gdzie panuje chłodny cień i loty na pożytek już ustały. Bardziej obrazowo powyższy opis prezentuje schematyczny rysunek.
Nie wiem jaka aura będzie w obecnym sezonie. Być może zajdzie potrzeba pobudzić pszczoły dość wcześnie do rozwoju, a wtedy porada przeznaczona na marzec może okazać się spóźnionA, dlatego zamieszczę ją teraz. Po oblocie można spróbować ograniczyć niekorzystny wpływ zimna przez umieszczenie na wysokiej dennicy lub na pustym korpusie arkusza grubszej folii plastikowej (np. z worka po nawozach), izolując gniazdo od dołu. Aby pszczoły mogły wychodzić z ula, wykonujemy w środku arkusza folii otwór o średnicy ok. 5 – 6 cm. Żeby folia nie opadała „brzuchem” w dół, kładziemy kilka beleczek powałkowych, tak aby arkusz spoczął na nich. Wielkość folii powinna być nieco większa niż zewnętrzny wymiar ula, tak aby wystawała. Możemy pociągając za wystającą folię – naciągnąć ją, a po wystąpieniu trwałego ocieplenia, kiedy folię należy usunąć, nie przeoczymy ula, w którym pozostanie folia. Dzięki folii na ramkach i pod ramkami uzyskujemy lepszy mikroklimat i łatwiejsze utrzymanie temperatury i wilgotności. W razie wystąpienia nagłego ochłodzenia pszczoły nie zostaną zmuszone do opuszczenia dolnych partii ramek z czerwiem, który zamrze i będzie się psuć, gdyż pszczoły własnymi ciałami zasłonią niewielki (5-, 6- centymetrowy) otwór, a folia skutecznie oddzieli ramki od zimnego powietrza. Sposób jest tani, łatwy w wykonaniu i prosty do stosowania.

Ostatnie przygotowania do nowego

Czy się to komu podoba czy też nie, wraz z końcem tego miesiąca kończy się czas, jaki powinniśmy przeznaczyć na przygotowania do nadchodzącego sezonu. Przyznaję, że sam nieraz ogarnięty błogim lenistwem przekładałem niezbędne prace „na później”, co w pełni sezonu mściło się bezlitośnie. Uważam, że w przededniu aktywności pszczół powinniśmy przeanalizować z ołówkiem w ręku dotychczasowe wyniki i pomyśleć o ich poprawie. Rolnik, mający swoje grunty w okolicy pasieki, skalkuluje rodzaj produkcji niezwiązanej z pszczelarstwem, czy też wprowadzi takie zasiewy, które dadzą zysk w miodzie. Jednak z uwagi na coraz liczebniejszą grupę pszczelarzy „miastowych”, którzy użytkują niewielką działkę przeznaczoną na pasieczysko, przyjmą oni inne kryteria poprawy zbiorów. Może to być gospodarka wędrowna. Zupełnie inaczej jest postrzegany pszczelarz oferujący dwa lub trzy rodzaje miodu, a do tego pyłek i dodatkowo propolis. W sytuacji licznej konkurencji i zalewem tanimi miodami z importu już teraz powinniśmy zapewnić sobie estetyczne etykiety na słoiki z miodem, bo dawno już minęły czasy etykiet podobnych do kartek przyklejanych przez ekipy tępiące gryzonie z napisem: „Trutka na szczury wyłożona”. Nie ja to wymyśliłem, że klient jest bardziej skłonny kupić towar ładnie opakowany. W zimowe miesiące łatwiej jest nabyć etykiety, przygotować słoiki a nawet wymyślić swoje hasło reklamowe. W czasie zbiorów będzie na to wszystko za późno.

Wolny czas w lutym powinniśmy przeznaczyć na przegląd i naprawę sprzętu pasiecznego oraz przygotowanie listy zakupów. Niestety, sklepów ze sprzętem jest coraz mniej i oddalają się one od pszczelarzy, bo najczęściej zachowały się one w dawnych miastach wojewódzkich, a sklepy ogrodnicze zaniechały sprzedaży pszczelarskiego asortymentu. Innym problemem są paskarskie ceny. Dla przykładu podam, że cena 1 kg surowca do wyprodukowania uli ze styropianu – wg cen z października 2001r. -wynosiła 3,55zł, a korpus ula wielkopolskiego waży ok. 1,5 kg. Pozostawię to bez komentarza…
Jeżeli nie zaopatrzyliśmy się jeszcze w węzę, to jest na to ostatnia chwila, gdyż węza przemrożona jest bardziej wytrzymała i lepiej znosi obciążenia jakim podlega w gnieździe pszczelim. W każdym sezonie powinniśmy wymienić co najmniej połowę ramek, a jeszcze lepiej wszystkie plastry gniazdowe, aby następną zimę rodzina pszczela spędziła na tegorocznych plastrach. Bezspornie udowodniono, że stare plastry są rozsadnikami chorób, a w szczególności nosemy. Całkowita wymiana ramek gniazdowych w wysokim stopniu chroni pszczoły przed nosemą.
Właściciele pasiek oddalonych od domu mogą co jakiś czas odwiedzić swoje pszczoły, jednak warto zastanowić się, czy zbliżać się do uli, kiedy to warstwa śniegu bez śladów stóp stanowi swojego rodzaju zabezpieczenie przed niepowołanymi gośćmi, którzy też niezbyt chętnie pozostawiają swoje ślady. Dlatego odwiedziny na odległość są bardziej uzasadnione, a ingerujmy tylko wtedy, kiedy zmusza nas do tego konieczność, np. zdmuchnięty wiatrem daszek itp. przypadki. Dawne porady zalecające „udział” pszczelarza w pierwszym oblocie uważam za zbytnią przesadę. Bardziej istotnym zagadnieniem pozostaje zapewnienie wody w poidle. Chociaż pszczoły mają swoje upodobania i bywa, że nie chcą korzystać z udogodnień oferowanych przez człowieka i od poidła wolą np. pobliską sadzawkę. Jednak w trudnym okresie tuż po oblocie i wczesną wiosną dostęp do wody ma istotne znaczenie.
Przed oblotem w końcu lutego, o ile pogoda na to pozwoli, warto usunąć zimowy osyp. Nie bardzo wierzę w spontaniczne wysyłanie spadłych pszczół do badań. Jest to kosztowne, a ci, którzy nie muszą tego czynić, nie będą narażać się na koszty. Właściciele dużych pasiek mogą zbadać osyp z podejrzanych uli, korzystając z własnego z mikroskopu lub w zaprzyjaźnionej szkole. Warto w czasie odwilży usunąć osyp z dennicy. Zrobienie tego jeszcze przed oblotem pozwoli nam (o ile potrafimy) odczytać pszczelą „książkę życzeń i zażaleń”, adresowaną do pszczelarza. Z rodzaju osypu, jego zawilgocenia, ilości spadłych pszczół, występowania kryształków cukru czy też znacznych ilości warrozy możemy wnioskować o przezimowaniu. Jeżeli stosujemy wkładki dennicowe, sprawa jest bardzo prosta, jeżeli nie, musimy posłużyć się kociubką lub podobnym urządzeniem do zgarnięcia z dennicy opadłej zawartości. Dobrze jest mieć dennicę zapasową, na którą można postawić ul, a brudną wyczyścić już poza ulem. Oczywiście dennic uli z tworzyw sztucznych nie wypalamy, (jak nam radzono przed laty postępować z ulami drewnianymi). Uprzątnięcie dennicy chroni pszczoły od kontaktu z martwymi osobnikami, często chorymi, a tym samym – ogranicza kontakt z zarazkami. Bardzo ważne jest spalenie lub zakopanie zimowego osypu aby nie rozprzestrzeniać chorób. Jeżeli porządki robią pszczoły, to zanieczyszczenia z dennicy wynoszą one tuż przed ul. Po pierwszym oblocie powinniśmy zwęzić wyloty główne i zamknąć wyloty dodatkowe. W starszych typach uli, mających na korpusach kawałek sklejki służacej jako zamknięcie, warto pod sklejkę podłożyć kawałek grubszego sukna, cienkiej gąbki poliuretanowej lub inną podkładkę, która skutecznie zamknie wylot, ograniczając wychłodzenie ula.